Podwórze przy ulicy Brukowej 30

Legowiska pod gołym niebem

Ulica Brukowa 30. Fot.: Jacek Natorff Na podwórzu było kilka drzew i ławek, na których mieszkańcy mogli przysiąść i odpocząć. O ławki postarał się stróż Stefan. Latem, kiedy dnie były długie, a noce krótkie, Żydzi w kapotach i bez kapot, przede wszystkim ci, dla których zabrakło miejsca na ławkach, przynosili ze sobą stołeczki i taborety, żeby korzystać ze świeżego powietrza na podwórzu. Było tam rojno jak w ulu, bo również kobiety i dzieci nie miały zamiaru spędzać w domu gorącej, dusznej nocy.

Kiedy zbliżała się godzina jedenasta wieczorem, zmęczeni i senni ludzie zaczynali znosić kołdry, poduszki i sienniki. Podwórze zamieniało się wtedy w hotel lub dom zajezdny. Nie można powiedzieć, żeby pozwalało to smacznie pospać, bo koty darły się wniebogłosy, a zza zamkniętej bramy docierał uliczny hałas. Skoro zaś dużą część śpiących pod gołym niebem stanowiły dzieci i młodzież, co chwila inna mama przybiegała, żeby zobaczyć, czy jej pociecha jest przykryta kołderką. A jak spotkają się dwie sąsiadki, wiadomo, że buzie im się nie zamykają…

W taką noc sensację budziła Fajga, żona piekarza. Piekarnia rozpoczynała pracę punktualnie o godzinie wpół do pierwszej. Dziatwa przerywała wtedy sen i stawała pod oknem, czekając, aż Aron Lejb, jej mąż, zlezie z piekielnika i weźmie się do roboty. Kiedy z pieca wychodziła pierwsza partia bajgli, czekali już klienci spośród śpiących na podwórzu przy ulicy Brukowej 30. Trudno było odmówić sobie świeżego małego bajgla, który parzył w ręce. Po zjedzeniu kilku bajgielków prosto z pieca, prosiło się Fajgę o kwartę wody do popicia.

Podjadłszy sobie, wracało się na legowiska, ale osoby „delikatne”, które uważały, że spanie na zewnątrz to tylko taka poza, służąca temu, żeby na drugi dzień pochwalić się kolegom, iż spędziło się noc poza domem – cichaczem wracały pod własny dach, żeby naprawdę się wyspać.

Ogólnie rzecz ujmując, wszyscy lokatorzy żyli ze sobą w zgodzie. A jeśli dochodziło do kłótni, nie gniewali się długo. Najwyżej do następnego Jom Kipur.



Stróż

Stróż Stefan żył ze swoich żydowskich lokatorów. W każdy piątkowy przedwieczerz zbierał należną mu tygodniówkę, pamiętając o zgaszeniu gazu w piątek wieczorem i rozpaleniu pod kuchnią w sobotę z rana. Obie strony były zadowolone z tego ustalonego porządku. Stefan był szczególnie ukontentowany tym, że w niemal każdym żydowskim domu, zanim zakręcił gaz, częstowano go wódką. Kiedy odwiedzał ostatnich lokatorów, mimo że głowa już mu ciążyła, też nie odmawiał sobie kieliszka. Ledwo powłócząc nogami, mając już dobrze w czubie, szedł do izdebki w bramie i uwalał się na drewniane wyro z gołym siennikiem. Trudno było go wtedy dobudzić. Można było stać godzinę albo i dłużej, pociągać za dzwonek, walić w bramę, krzyczeć i wyzywać – Stefan chrapał, śniąc zapewne o gorzałce... A jeśli już udało się wyrwać go ze snu, otwierał bramę, złorzecząc: „psiakrew”, „cholera”, tak że lepiej było w piątek po godzinie jedenastej wieczorem nie wchodzić mu w paradę. Niektórzy szybko prześlizgiwali się przez na wpół uchyloną bramę, żeby pijany i zaspany Stefan nie mógł ich rozpoznać.

Z powodu trudności z wejściem przez bramę w późnych godzinach wieczornych, młodzież z podwórka zbierała się w piątkowy wieczór u Hirsza-Wolfa Kaczki, gdzie odbywały się tańce. Jego matka, kobieta niemłoda, była pełna zrozumienia dla tej sytuacji i pomagała, jak tylko mogła.



„Strażnicy soboty” łapią na modlitwę

W szabat po posiłku młodzież znikała z podwórka. Starsze pokolenie udawało się na drzemkę, by odpocząć po trudach całego tygodnia, zaś młodzież wolne popołudnie wolała spędzić w mieście lub nad Wisłą. Jednak prascy „strażnicy soboty” (szomrej szabes) uważali, że takie spacery grożą pogwałceniem praw dnia świętego, dlatego ustawiali na rogach głównych ulic pikiety, które nie pozwalały młodzieży krążyć po mieście i zaganiały młodych ludzi do synagog bądź domów modlitwy, których nie brakowało na Pradze. Nie mając innego wyjścia, praska kawalerka zamieniała się w młodzież studiującą święte księgi. Młodzi zostawali w domach modlitwy do uroczystego trzeciego posiłku (szalszides), a później aż do zakończenia święta, zwanego „odprowadzaniem Królowej Szabat” (melawe-malke). W taki oto sposób rozwiewały się marzenia o miłym spędzeniu popołudnia.

O ucieczce z domu modlitwy nie było mowy. „Strażnicy soboty” i tam rozstawiali swoje posterunki, pilnie strzegąc „pojmanych” młodzieńców. Uczył nas pewien litwak1, wcale niegłupi, który jednak wszystko wykładał po swojemu. Plotkowano, że nie jest najlepiej przygotowany do prowadzenia lekcji; przede wszystkim zależy mu na pieniądzach, które otrzymuje za to, żeby czymś zająć młodzież.

Jedna z takich modlitewni znajdowała się u nas przy Brukowej 30. Nazywano ją „Chewre mikre” [hebr., bractwo do zgłębiania ksiąg świętych – A.C.]. Inna mieściła się przy ulicy Kępnej 4 [

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
] u Mosze-Dawida.


Romanse, miłości, śluby

W kamienicy, w której zamieszkiwało pięćdziesięciu jeden żydowskich lokatorów, mających dorastające dzieci – chłopaków i dziewczyny – wyruszające do pracy w warsztacie lub w sklepiku, zaczynające czytać książki i doroślejące – romanse były nie do uniknięcia, podobnie jak zaloty, kończące się nawet ślubem pod baldachimem.

Młodzież męska nie była obojętna wobec dorastających dziewcząt z ulicy Brukowej 30 [

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
] i nie kwapiła się, by gdzie indziej szukać miłości. Na naszym podwórku rzeczywiście doszło do kilku ślubów: Piniego z panienką Frejdą, Berla Kalmusa z córką Mosze-Szymona Sarwera, a także piszącego te słowa z panienką Andzią.

Warto wspomnieć jeszcze jeden podwórkowy romans: Etel i Melecha. Było to kuzynostwo. Rodzice Etel umarli bardzo młodo. Ona, jako jedna z najstarszych w domu, musiała wziąć na siebie ciężar utrzymania rodziny i wychowania młodszego rodzeństwa. Prowadzenie gospodarstwa, na szczęście, szło jej nieźle, zarabiała na chleb i skierowała dziatwę na właściwą drogę. Przy swoich dwudziestu latach Etel była piękna, dobrze zbudowana i inteligentna. Z kolei Melech w młodym wieku zajął się handlem. Sprzedawał mąkę, dostarczał wojsku całe jej wagony. Rodzice szukali dla niego odpowiedniej partii. Melech przeraził ich, oświadczając, że jego wybranką jest kuzynka. Rodzice próbowali go przekonać, że może wziąć pokaźny posag, a do tego żonę z dobrej rodziny. Upierała się przy tym zwłaszcza jego matka – rodzona siostra mamy Etel. Powiedziała nawet: „Obym nie dożyła takiego wesela” – i rzeczywiście, zmarła, zanim odbył się ślub. Młodzi żyli ze sobą szczęśliwie i urodziło im się dwoje dzieci.

Skoro już mowa o dzieciach, przypominam sobie akuszerkę Esterę i jej córkę Leę, która wyuczyła się zawodu uprawianego przez swoją matkę. Matce i córce lokatorki z podwórka przy ulicy Brukowej 30 dostarczały sporo pracy... Nie zdarzyło się, żeby komukolwiek odmówiły asysty przy porodzie, nawet jeśli rodząca była biedna.


Rodzina Sanetów

Lea Sanet, babcia Etel i Melecha, matka ich rodzicielek, była na Pradze znaną osobą. Jej mąż był wielkim kupcem zbożowym. Byli zamożni i ogólnie szanowani, wyprawili wesele ośmiorgu dzieciom – każde z nich żyło z mąki. Pamiętam Leę Sanet jako starszą kobietę wysokiego wzrostu. Noszony dawniej gorset pięknie uformował jej kobiecą figurę. Kiedy Lea z modlitewnikiem Korbn-minche pod pachą i długim złotym łańcuchem na szyi szła do praskiej synagogi, wszystkie kobiety patrzyły na nią z zazdrością i podziwem. Jej mąż, reb Sane, również był postawny, dobrze zbudowany, miał długą, białą brodę. Dzieci podały się do nich – skóra zdarta z rodziców.


Reb Ajzkl

Do ludzi zamożnych, ale pośledniejszego sortu, należał reb Ajzkl, któremu bardziej obrodziło w dzieciach niż w pieniądzach. Był to człek uczony, dlatego uważano go trochę za próżniaka (batlen). Ciągle kłócił się ze swoim synem Szymonem, „cicelistą”, który zbliżył się do Bundu. „Car ci się nie podoba? Chcesz pokonać jego kozaków?” – zżymał się reb Ajzkl. I zaraz dodawał: „W szabat modliliśmy się za cara w niemieckiej synagodze – on się nie podoba tylko tobie i twoim kompanom”.

Szymon nie przejmował się słowami ojca. Działał w partii i został aresztowany. Odsiadywał wyrok w odległym mieście.

Purim z płaczem

Moi rodzice również zajmowali wysoką pozycję w sąsiedzkiej hierarchii. Reb Mosze Gejer i jego żona Sorele sprowadzili na świat dziesięcioro dzieci – sześciu synów i cztery córki. Na podwórzu byliśmy wielką rodziną i mój ojciec był z tego dumny. Ja urodziłem im się na starość...

Starsze rodzeństwo podrosło, pożeniło się i miało już własne dzieci – w naszym mieszkaniu było za ciasno, żeby wszystkich pomieścić na święta. Bardzo radośnie rodzina obchodziła Purim2, a kiedy każdy wyłożył na stół swoje podarki (szlach-mones), wtedy mieszkanie zamieniało się w cukiernię... Na uroczysty posiłek mama przygotowywała gołąbki i inne przysmaki. Była wielka radość.

Pewnego razu szwagier wpadł na pomysł, żeby urządzić przedstawienie o Ahaszweroszu i królowej Esterze. Jednak do wystawienia najkrótszej nawet sztuki potrzeba aktorów i dekoracji, więc musieliśmy z tego planu zrezygnować i zagraliśmy „Sprzedanie Józefa”. Miałem wtedy czternaście lat i dlatego przypadła mi w udziale rola Józefa.

W noc purimową, kiedy cała rodzina zgromadziła się w naszym mieszkaniu, po zjedzeniu świątecznej ryby wszyscy „aktorzy” udali się do sąsiedniego pokoju, przebrali i ucharakteryzowali, by zacząć przedstawienie. Wszystko poszło jak z płatka, publiczność miała frajdę, a aktorzy jeszcze większą. Kiedy dotarliśmy do sceny, kiedy bracia chcą zabić Józefa, zacząłem z przejęciem śpiewać refren piosenki, w której proszę ich o darowanie życia:

„Majne gelibte briderlech,
farnemt szojn majn gewejn.
Farwos zol ich jungerhejt
fun der welt gejn?!
Eli, Eli, sze-chatati...”3.

Tak się przy tym poryczałem, że nie mogłem grać dalej. Przedstawienie zostało przerwane. Święto upłynęło w wesołej atmosferze, mama podała gołąbki. Jedynie mój płacz był tematem rozmów przez wiele następnych lat...


Sąsiedzi się kłócą

W naszym podwórzu mieszkał i prowadził knajpę z piwem reb Mosze Grynberg. Piwosze pokazywali się tu jedynie w szabat, bo w tygodniu piło się zimną wodę ze studni lub wodę sodową. Na Pradze zwykle nie piło się w czasie jedzenia, jak to jest przyjęte w innych krajach. Lecz w szabat po rybie i czulencie należało przepłukać gardło butelką lub kuflem piwa.

Reb Mosze nie był bogaty z domu ani też nie wzbogacił się na sprzedaży piwa. Dzieci mu nie brakowało. Jeden z jego synów był moim bliskim przyjacielem, trudnił się sprzedażą na bazarze. Przywiązany do rodziny, był porządnym i drogim przyjacielem. Zmarł w 1922 roku w wieku dwudziestu lat. Z całej rodziny Grynbergów przy życiu zostało dwóch synów: Józef – w Londynie, Gecel – w Ameryce. Pozostałych zabiły hitlerowskie zbiry.

Latem, kiedy na praskim podwórku upał szczególnie dawał się we znaki, ludzie wykorzystywali balię z lodem, w której reb Mosze chłodził butelki z piwem, by trzymać tam swoje garnki z rybą i mięsem. Reb Mosze nigdy nie odmawiał. Dziwiono się tylko, ile szabatowych potraw, prócz butelek, może pomieścić jedna balia...

Pewnego razu lód rozpuścił się szybciej niż zwykle, garnki straciły stabilność i się powywracały. W balii pływały głowy karpi, gefilte fisz, „szlejendlech”, pieczone skrzydełka kurczaka, różne mięsa, nawet cymes unosił się na mętnej wodzie...

Gecel, który ojcu pomagał w handlu, poszedł do gospodyń, żeby przekazać im smutną wiadomość, a one zgromadziły się pod mieszkaniem Grynberga i wtedy zaczęła się kłótnia i przepychanki. Gdy jedna niewiasta wskazywała na wielką głowę karpia i twierdziła, że to jej – druga zarzekała się, że tę głowę poprzedniej nocy sama przygotowała dla swojej rodziny. Te same mecyje z mięsem i drobiem. Musiał się wmieszać reb Mosze, by rozstrzygnąć, co do kogo należy. Kobiety, które czuły się pokrzywdzone niesprawiedliwym wyrokiem, przestały być jego klientkami. I nawet te, które skorzystały na zamieszaniu, widziały w nim głównego winowajcę, odpowiedzialnego za roztopiony lód.


Administrator domu

W roku 1908 dom przy ulicy Brukowej 30 został sprzedany pewnemu Żydowi z Warszawy, bardzo majętnemu człowiekowi, który hurtowo handlował nabiałem. Wraz z przejściem kamienicy z rąk gojów w ręce żydowskie zmienił się administrator. Nowy rządca nazywał się reb Baruch Erlich. Był to pobożny Żyd w kapocie (gahakte kapote) i tradycyjnej żydowskiej czapeczce (hitl), z krótko przystrzyżoną brodą, o której mieszkańcy mówili, że jest w takim samym stopniu „chasydzka”, „pańska”, jak i „łajdacka”. Reb Baruch administrował jeszcze dwoma innymi kamienicami i był sprawny w swoim fachu: przeprowadził remont domu, skanalizował podwórze, lecz jednocześnie podwyższył komorne. Ta ostatnia zmiana wywołała spore niezadowolenie. Reb Baruch rygorystycznie pilnował płacenia komornego, był bardziej surowy niż nawet sam właściciel. Nie było jednak wypadku, by domagał się eksmisji.

W krótkim czasie reb Baruch przeobraził się w... pana Erlicha. Porzucił tradycyjny strój żydowski, czapeczkę zamienił na kapelusz, a kapotę – na marynarkę. Zarost zostawił u golibrody.

Ów reb Boruch lub inaczej pan Erlich wyświadczał ludziom różne przysługi. Miał dojścia do urzędników i dzięki łapówkom załatwiał wiele spraw urzędowych...

Kiedy w 1914 roku wybuchła I wojna światowa, trzeba było zaopatrzyć się w kartki na chleb. Pan Erlich już zadbał o to, żeby lokatorzy domu przy ulicy Brukowej 30 otrzymali więcej kartek, niż im się należało. Oczywiście – za drobną opłatą. Po wojnie Erlich stał się właścicielem dwóch innych kamienic. Właściciel naszego domu pozostał ten sam.

W roku 1930 Baruch Erlich zmarł. Wszyscy mówili, że odszedł ze świata wielki bogacz...


Inni lokatorzy

Spośród innych lokatorów dobrze pamiętam reb Szyjele, który był nauczycielem posiadającym kwalifikacje do rozstrzygania kwestii religijnych (mojre-hojre). Do niego przychodziło się z pytaniami dotyczącymi nie tylko tego, czy coś jest koszerne lub trefne, lecz także procesować się zgodnie z prawem żydowskim (din-Tojre), poprosić o radę bądź pomoc w trudnej sytuacji. Reb Szyjele był wyrozumiałym człowiekiem, którego darzono powszechnym szacunkiem.to t

Po jego śmierci tę funkcję przejął jego zięć, który był rabinem zatwierdzonym przez władzę.

Po pięćdziesięciu latach trudno mi wymienić wszystkich i przkazać ich szczegółowy opis, lecz nie pominę tych, którzy zapisali mi się w pamięci. Są to: Jankiel-Szaja Morgensztejn, syn Lei Sanet, Dawid Sznek (brat obecnego sekretarza ziomkostwa prażan w Izraelu), reb Mosze Kaczka, syn Hersza-Wolfa, Izrael-Mendel Siedlecki, Izrael-Motl Sznajder, reb Lejbele Mełamed, Josef Kalmus, reb Josel i jego żona „wysoka Chana”, Herszl Krancenblum ze swoją matką, Lejzer-Mendel Majzner, reb Mosze Pinchas Hejtler i jego żona Henia, reb Icchak Malarz ze swoją Szyfrą, Szaje Abe ze swoją żoną Małką, reb Noach Sznek z żoną Cywią i ośmiorgiem dzieci – pięcioma synami i trzema córkami - oraz mnóstwo innych osób, których nazwisk nie pamiętam.

Brukowa 30 była częścią żydowskiej Pragi, która do dziś pozostała w mej pamięci, mimo że opuściłem tę dzielnicę kilkadziesiąt lat temu.

H. Baurberg, Der hojf Brukowe 30, [w:] Sefer Praga, Izrael 1974, s. 225-233.
Książka dostępna pod adresem: http://yizkor.nypl.org/index.php?id=1405
Tłumaczyła z jidysz: Anna Ciałowicz

1Litwacy – potoczne określenie Żydów przybywających do Królestwa Polskiego z rosyjskiej „strefy osiedlenia”, czyli obszaru, który Żydzi mogli zamieszkiwać, głównie z zachodnich guberni: obecnych terenów Litwy i północnej Białorusi. Od polskich Żydów litwacy różnili się strojem, obyczajowością, mówili odrębnym dialektem języka jidysz. [↑]

2Purim(hebr.; l.mn od akad. pur = los) – święto upamiętniające ocalenie Żydów od zagłady z rąk Hamana; historia tego święta zawarta jest w Księdze Estery. Purim zwany jest też żydowskim karnawałem, gdyż do świątecznych tradycji należy przebieranie się oraz sute ucztowanie. [↑]

3(jid.) Braciszkowie kochani / zabierzcie mój płacz. / Dlaczego ze młodu / ze świata muszę zejść. / Boże, Boże, za jakie grzechy? [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 13 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3718526
UA-28053597-1